Ognie cierpienia…

Niech ognie cierpienia pożrą moje ciało,
i tę chorobę co się w ciele słabym szerzy -
by po nim tylko to, co jest coś warte
zostało.., ten mój duch, co do Pana należy.

Czasami mi się zdaje, że na określenie
skali cierpień, brak mi słów.
Wtedy płomień ów przygasa, palić się
przestaje - lecz potem, lecz wkrótce
zapala w mym ciele się znów!

Wtedy szlocham.., i wołam, mój Boże,
wiem, że szlifu potrzebuje ciało moje.
Lecz niech ten ból - mego ducha nie zmoże,
niech go osłoni przed tym ogniem
ramię Twoje,..!

Czasami, gdy te ognie liżą tylko moje ciało,
gdy tylko drażnią cierpliwość moją,
ignoruję to, pomna - ilu przede mną cierpiało,
i tylko sobie płaczę, mój ból łzami kojąc.

Niech ludzie mówią, co chcą,
ja wiem, Bóg doświadcza mnie tylko.
Dlatego już dziś cierpienia drogę
mą -
potrafię uznać, udręki życia chwilką!

Choć wróg mego ciała wiele twarzy ma,
i wiele w życiu ciosów zadał mi,
lecz ja mocą Pana trwam, i trwam -
gdyż On ciągle jeszcze dodaje mi dni.

Niech mówią, co chcą, niemyślący ludzie,
by cennym był brylant, szlifierz go szlifuje.
Mój duch ożywiony w jakże wielkim trudzie,
by wypiękniał - wiele szlifu potrzebuje!

Proszę jeszcze tylko Wszechmogącego,
jeślibym mych utrapień ścierpieć nie umiała,
niech język mój, pod strażą będzie Jego,
abym wiarę w sercu - i na ustach miała!

Dodatkowe informacje